Co robię z orzechami piorącymi (Sapindus Trifoliatus)?

Co robię z orzechami piorącymi (Sapindus Trifoliatus)?

Po niebywałym sukcesie* wpisu „Co robię z amlą (Phyllanthus Emblica)?” postanowiłam iść za ciosem i tym razem opowiedzieć cóż takiego niesamowitego robię z orzechami piorącymi! Spoiler – używam ich do prania i do przygotowania wywaru do mycia głowy.

*Za niebywały sukces uważam to, że w końcu ktoś skomentował te wpis – dziękuję Ci Wszystkie Moje Bziki 😀 Tak, tak… U mnie karuzela śmiechu rozpędzona do granic nieprzyzwoitości…

W tym wpisie mówie o tym, co robię z orzechami piorącymi – nie mam zamiaru przedstawiać żadnych prawd objawionych o orzechach 😉 Sama całkiem niedawno zaczęłam je stosować, bo jakieś około 4-5 miesięcy temu w przypadku prania, a w przypadku mycia łba – około dwa miesiące temu, czyli dla mnie faza testów trwa 😉

Bo wiecie – oni mówio, że pranie z orzechami jest porównywalne do tego, jakby użyć w tym celu samej wody i analogicznie w kwestii mycia głowy. Oni mówio też, że były testy i że orzechy nie działają, oni mówio, że orzechy zachwalają tylko ich dystrybutorzy, i inne takie rzeczy oni mówio, ci ludzie z komentarzy w internetach.

Ale nie martwcie się – jak ośmielę się pisać reckę, to postaram się poszukać tych badań na które oni, ci ludzie z komci, się powołują. I normalnie zrobię konfrontację, a nawet interwencję, jak trzeba będzie. A na razie chcę Wam po prostu opowiedzieć, co robię z tymi orzechami i jak je aktualnie oceniam. Takie pierwsze wrażenie 🙂

Orzechy piorące – pranie

Orzechy piorące (Sapindus Trifoliatus)

Nie mam pojęcie, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o robieniu prania z orzechami piorącymi, ale już od dawna gdzieś z tyłu mojej głowy majaczyła myśl, żeby wreszcie je kupić. A, że byłam nieco sceptycznie nastawiona do ich skuteczności, to ten zakup odkładałam i odkładałam. I odkładałam… Aż jakiś czas temu użytkowniczka Instagrama – kosmetyczny_raj zaczęła opowiadać o tym jak używa orzechów, zachwalać rezultaty, a ja po naoglądaniu się Jej Instastories, stwierdziłam, że to już ten moment – czas zamówić orzechy!

Mój wybór padł na Nangę i na Sapindus Trifoliatus (tak à propos – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tych orzechów to są różne rodzaje).

No i zaczęłam prać – do bębna wrzucałam w woreczku około 5 rozdrobnionych uprzednio orzechów, robiłam nimi (z nimi? Hmm…) około trzy prania i wymieniałam na nowe. Najpierw używałam samych orzechów, później dodawałam do szufladki około 10-15 kropel olejków eterycznych.

Pranie przy użyciu samych orzechów nie ma zapachu, choć orzechy mają swój zapach 😉 A jaki – no taki… orzechów piorących 😉 Oni mówio, że zalatują octem, no, mi się nie wydaję, no ale nie wiem, nie wiem jaka jest prawda. Olejki, nie dość, że dodają ładnego zapachu, to mają działanie antybakteryjne.

Na ten moment jestem zachwycona orzechami, które piorą. Wręcz nie wyobrażam sobie, jak mogłam ich wcześniej nie używać. Nie dość, że ekologiczne, to ekonomiczne (w sensie, że tańsze niż proszek, czy inne kapsuły, na dłużej starczają, bo można używać tych samych do kilku razy). Na początku rozczarowało mnie to, że pranie nie ma zapachu „czystości”, wiecie, tej proszkowej chemicznej czystości. Teraz pranie bez zapachu, czyli o zapachu orzechów, lub z zapachem olejków eterycznych jest dla mnie normalne, a woń „proszkowej czystości” jest dla mnie drażniąca. Kolejny plus – po użyciu orzechów tkaniny ubrań są bardzo mięciutkie. Co prawda nie wiem do czego to się przydaje w życiu, ale… 🙂

Póki co nie natrafiłam na jakiś praniowy problem, którego nie pokonały by orzechy. Ale w szafce mam gdzieś ukryty płyn do prania (niby ecofriendly 😉 ), na jakieś hardcorowe pranie (dla przykładu ostatnio używałam do prania pościeli, gdy byłam zawirusowana).

Orzechy piorące – mycie włosów

Orzechy piorące (Sapindus Trifoliatus)

Skoro już miałam orzechy piorące to jak mogłam nie spróbować myć w ich wywarze włosy 😉 No same się o to prosiły 😀

To była moja pierwsza przygoda z no-poo, a przepisy na przygotowanie orzechów wzięłam z artykułu na blogu „Miksologia”: „Zioła do włosów – Ayurveda. Zioła kondycjonujące bez koloru” – tak, to ten sam wpis od amli 😉

Te ciemniejsze siuśki (niestety pachniało podobnie, ale zapach nie pozostaje na włosach) ze zdjęcia to wywar, czyli orzechy gotowane w wodzie, te po prawej to orzechy odstane – wieczorem zalałam łupiny wodą i na następny dzień moim oczom ukazały się jasne siuśki 🙂

Za pierwszym razem nie wiedziałam jak myć tą orzechową wodą włosy, to sobie je po prostu polewałam, nawet nie masowałam skóry głowy za bardzo. Później wlewałam wywar do jakiegoś tam plajstikowego naczynia i moczyłam sobie tak łeb na początek, następnie starałam się masować tą wodą skórę głowy, co jest nieco problematyczne 😉 W sumie to ja nie wiem, jak naprawdę powinno się myć głowę orzechami 😉

Tak, czy siak – ku mojemu ogromnemu zdziwieniu – włosy po takim myciu są czyste, a w dodatku są dłużej świeże, niż po oczyszczaniu delikatnym szamponie. Serio (w moim przypadku, a mam tłustą skórę głowy).

Za pierwszym razem po wysuszeniu włosy były naelektryzowane (a przynajmniej ten ich stan tak zapamiętałam), później nie działo się z nimi już nic dziwnego, a podczas kolejnych myć pielęgnowałam je jak zwykle, czytaj olejowanie, maseczki i inne wspaniałe włosopierdolety.  Po olejowaniu robiłam to, co przy myciu szamponem – czyli emulgacja maską/odżywką, później mycie wywarem orzechowym i włosy były czyste. Tak – trudno w to uwierzyć, ale to działa 😉

◆◆◆

Tak się sprawa ma cała.

Jeżeli będę testować inne zastosowania orzechów, to je tu dopiszę 🙂

Przy praniu z orzechami jak najbardziej zostaję 🙂 Natomiast zmieniam metodę mycia włosów – czas na pierwszy raz z mąką żytnią 😉